poniedziałek, 11 listopada 2013

Eska Rock to stan umysłu.


Cztery lata temu w moim rodzinnym mieście odbył się Szczecin Rock Festival współorganizowany przez radio Eska Rock. Nie wdając się w szczegóły (na to przyjdzie jeszcze pora), tak zaczęła się moja przygoda z tą stacją. Owszem, przed festiwalem słuchałam radia, ale sporadycznie. Nagle uświadomiłam sobie, że na częstotliwości 95,7 FM dzieją się fajne rzeczy, do sitka gadają fajni ludzie i ogólnie jakoś tak fajno.
Więc odtąd słuchałam codziennie, namiętnie, z wielką uwagą. Poszedł sms jeden, drugi, dzięsiąty i zagnieździłam się na Facebooku w komentarzach. Szybko wkręciłam się w rozmowy, zaczęłam zapamiętywać imiona i nazwiska, zarówno radiowców jak i słuchaczy skrobiących na 'fejsbuku'. Takiej atmosferze i dodatniej energii nie sposób się oprzeć. Było to w okresie, kiedy miałam lekkiego doła w związku z porzuceniem Warszawy i powrotem do domu.
Eska Rock okazała się świetnym lekarstwem. Nowe znajomości, różnych form dialogi z radiem, pozytywne emocje i garściami czerpane poczucie humoru. Tego mi było trzeba. Wsiąkłam w ten świat bez reszty. Potem sypnęło się parę nagród płytowych, wyjazd na koncert i święty graal... wizyta w studiu.
Zaproszona przez Ojca Dyrektora Bisiora miałam zaszczyt i niepowtarzalną okazję zobaczyć jak prowadzi program i jak to wszystko wygląda od kuchni. Pamiętam jak powtarzał parę razy „widzisz Agatka, pomiędzy wejściami na antenę nic się nie dzieje, wieje nudą”. Ale ja czułam się jak dziecko w Disneylandzie! Pegaz, naczelny łakomczuch porwał niemal wszystkie cupcakesy, które przyniosłam w prezencie dla moich gospodarzy, Bisiora i Idy. Wendro tylko się zdążył załapać na jednego. Dowiedziałam się, że w wyniku nieporozumienia z wyżej wymienionym Jarkiem W. mój nr telefonu trafił na czarną listę, ale Bisiu zaraz przywrócił mnie do łask. Podsłuchiwałam rozmowy ze słuchaczami, wgapiałam w monitory, cykałam foty z tajniaka (do prywatnej kolekcji, żeby nie było), kopciłam papierosy z Ojcem Dyrektorem, łykałam chciwie wszystko co się działo i poznawałam lepiej mojego nowego przyjaciela, Eskę Rock. Przyjaciel, który zawsze był blisko, który w ciągu naszej ponad 4-letniej znajomości nigdy mnie nie zawiódł i któremu wiele zawdzięczam.Oj jak wiele.

W 2010 roku na początku listopada miała miejsce, po raz pierwszy, urodzinowa impreza radia (nasza Eska Rock kończyła 6 latek ^^). Okazja nie tylko do posłuchania fantastycznej muzyki na żywo, ale przede wszystkim do poznania rodziny. Bo tak, jesteśmy swego rodzaju rodziną i byliśmy nią już zanim się po raz pierwszy spotkaliśmy. Obie strony sitka ;) Oczekiwania nie zawiodły. Fajnie mieć taką rodzinę! Jako, że jestem osobą z kreatywnym ADHD i mam wielu sobie podobnych wśród fejsbukowej ekipy słuchaczy, przed imprezą padło hasło 'prezenty dla radiowców'. Chęć podziękowania za płyty, koncerty, rozmowy na antenie, sympatię i prywatne żarty stała się kamieniem węgielnym pod Tajne Stowarzyszenie Słuchaczy Eski Rock. W skrócie TSSER, jest grupą, którą założyłam na fejsbuku, żeby wraz z moimi poplecznikami mieć się gdzie naradzać, knuć i kombinować w kwestii giftów dla radiowej drużyny. Pierwsze podejście wyszło nieco nieporadnie, choć intencje były zacne. Ale już w drugie urodziny (na których mnie zabrakło ze smutnych przyczyn osobistych) akcja prezentowa pozamiatała parkiet (a nawet scenę) i był tort! Trzecie urodziny były dla mnie bombą emocjonalną, nie zawsze zachowywałam się jak na przyjazne ludziom stworzenie przystało, ale wierzę, że zostało mi wybaczone. Kiedy już stres czy wszystko się uda (a przecudny tort się nie roztopi) zeżarł mnie do końca i wypaliłam paczkę papierosów, przyszedł czas żeby wrzucić na luz.Będzie dobrze... i było! Skoro wg głównodowodzącego 'rozjebaliśmy' system to musiało być ;]
Nieskromnie wspomnę, że momentami czułam się jak sam Ojciec Dyrektor, wciąż rzucałam do znajomych „sorry teraz nie mam czasu, porozmawiamy za chwilę, zaraz wrócę, czekaj na mnie w palarni”. Uśmiechy, uściski, pogawędki, rzucanie się sobie w ramiona, frajda z udanej, prezentowej niespodzianki (której absolutnie nikt się nie spodziewał ;) ), tysiące miłych słów... .
Rok wcześniej nie pojawiłam się na Rocktoberfest Party (pomimo całego zaangażowania w prezenty), ponieważ na krótko przed imprezą zmarł na zawał mój tato. Szok, tragedia i nawał obowiązków wyłączyły mnie z życia towarzyskiego, ale moja eskorockowa rodzina (jak na prawdziwych krewnych przystało) podźwignęła mnie z przygnębienia. Ponownie podkreślę; rodzina po obu stronach radioodbiornika.
No i nadszedł czas ósmych urodzin, a wsparcie i serdeczność jaką zewsząd otrzymywałam uleczyła moje serce. Bez przyjaciół jesteśmy nikim.

W tym roku (9-te urodziny) siedziałam na ławce rezerwowych, trochę z braku czasu, trochę z nadąsania, ale machina stowarzyszenia żyje i ma się dobrze, jestem dumna z teamu TSSER, wyrobili 200 % normy. Scena rocktoberowej imprezy urodzinowej znowu została roz...montowana. Nie było lekko, z roku na rok poziom imprezy RFP się podnosi i my też co roku ustawiamy sobie poprzeczkę wyżej, ale dajemy radę! I to się już nie zmieni. W następnej edycji wracam do gry. Stać z boku i podziwiać to dla mnie za mało.

Gdy już emocje opadły i nie wiedzieć kiedy zleciał prawie tydzień naszła mnie pewna refleksja. Ostatni rok był dla mnie bardzo zajęty. Absorbowała mnie przede wszystkim praca ( a raczej dwie), ale i wyjazdy w celach rozrywkowych i wszelakiej maści zajęcia 'pozalekcyjne'. Jednak cały czas czułam, że czegoś brakuje. Odkąd wybrałam swoją życiową ścieżkę i zaczęłam nią człapać musiałam zrezygnować z paru przyjemności, regularne słuchanie radia było jedną z nich. I ok, nie bolało...
...aż do zeszłego wtorku. Kiedy pochłonęła mnie atmosfera dziewiątych urodzin ER zatęskniłam za radiowymi falami ze zdwojoną mocą. Zatem wracam do radioodbiornika, choćbym musiała komórkę na sznurowadłach za okno wywieszać! 
W Kondziowym stylu kłaniam się w pas ekipie ER, za te 4 lata, za większy wpływ na moje życie niż moglibyście sobie wyobrazić, za uznanie i poważne traktowanie, ale przede wszystkim za serdeczność i przyjaźń. Za rok 10-te urodziny, będzie się działo! (będzie zabawa).

piątek, 25 października 2013

Sky is the limit

Ostatnio dotarły do mnie dwie rzeczy, wróć, w zasadzie to trzy. Pierwszą niechcący uświadomił mi nowy znajomy. Mianowicie wcale nie jestem tak wygadana, przebojowa i pewna siebie jak mi się do tej pory wydawało. 
I know, shocking.
Druga jest taka, że moje życie nie jest złe, ale łapię się na wzdychaniu do blogów lifestyle'owych i zastanawianiu czemu nie robię więcej tego, co mi dusza podpowiada. Wiecznie wynajduję jakieś wymówki; nie mam pieniędzy, czasu, mieszkam na zadupiu, z dala od przyjaciół i większego miasta, nie wyglądam.
No i ten przeklęty słomiany zapał. Zdałam sobie sprawę z tego, że sama siebie ograniczam, bo jestem zwyczajnie leniwa. A przecież mogłoby być tak pięknie.
Więc czas stanąć przed lustrem i tupnąć nogą. Mam dosyć własnego zrzędzenia, że życie mnie nie satysfakcjonuje!

Ah racja, jeszcze "po trzecie". Zaczęłam zauważać, że moje relacje z rodziną i przyjaciółmi zniżkują i  nie mam co się oszukiwać, to moja wina. Wkradają się nerwy, brak pokory i gdzieś tam wybujałe lub zawiedzione oczekiwania. Co więc zrobić, żeby to naprawić? Mówią, że dla chcącego nic trudnego, a ograniczają nas tylko własne lęki i wyobraźnia.
I tu wchodzi blog! Mam taki plan; pisaniem pomóc sobie w rozwoju osobistym, realizowaniu marzeń, wykorzystywaniu wyobraźni i szukaniu nowych rozrywek.Chcę wracać do starego i odkrywać nowe, naprawiać przyjaźnie i je nawiązywać i zdobywać, jeszcze raz zdobywać (!), przede wszystkim przepis na ciekawsze życie. Też chciałbyś go poznać? Stay tuned ;)